Moja córeczka skończyła niedawno roczek jest to najwyższy czas by zrzucić ten ciężar, wyzwolić wspomnienia, które mi ciążą, wzrastają zakorzeniają gdzieś głęboko, aż wreszcie paraliżują mnie i nie dopuszczają nowych.
Nie chcę od Nich zgnić od środka, dlatego opowiem Wam o mojej wybrukowanej przez Trombofilię drodze, drodze do szczęścia.
Wiadomość o ciąży zbiegła się w czasie z wiadomością o
trombofilii. Chyba dlatego przyjęłam ją bezboleśnie, znieczulona szczęściem
wynikającym z wiadomości o ciąży. Na tamtą chwilę wszystko, co wiedziałam o
trombofilii „T” to głównie tyle, że to ona była odpowiedzialna za wcześniejszą
zakrzepicę w mojej nodze i najprawdopodobniej będę musiała przyjmować leki
przeciwkrzepliwe do końca życia. Często w myślach zadaje sobie pytanie, czy
jakbym wiedziała wcześniej o T. zdecydowałabym się na dziecko ?
Moja ciąża nie należała do tych wspaniałych okresów o
których rozpisują się wszystkie serwisy parentingowe. Ciąża od samego
początku była ciążą z powikłaniami, ale skupię się jedynie na tych za, które
odpowiedzialna jest TROMBOFILIA.
Nie będę tutaj robiła z siebie matki miłosierdzia, bo codziennie wbijałam sobie zastrzyki w brzuch. I co z tego ? Większość dookoła przyjmuje leki, kontrowersyjna może być jedynie droga ich podania, jedni łykają tabletki inni robią iniekcje. Nie to mnie bolało ! Bolało mnie to, że na początku ciąży miejscowy lekarz nie chciał założyć mi karty ciąży, bo miałam trombofilię, a do tego krwawiłam, skreślił Nas na samym początku – budujące prawda ?
Kiedy znalazłam wymarzonego lekarza, który podjął się prowadzenia mojej ciąży sądziłam, że już nie ma prawa nic złego się wydarzyć, bo w końcu założono mi kartę ciąży i dano nadzieję, że będzie dobrze, poza tym krwawienie ustąpiło i poczułam się lepiej.
Radość nie trwała długo …
problemy ginekologiczne wymusiły oszczędniejszy tryb życia, aż w końcu doszło do tego, że pojawił się bezwzględny zakaz chodzenia. Leżałam, siedziałam i liczyłam ruchy i tak w kółko. W między czasie wylądowałam na patologii ciąży … groził mi przedwczesny poród w 28 tygodniu ciąży, lekarze posługiwali się danymi statystycznymi. Jeden z lekarzy w procentach przedstawił mi pokrótce sytuacje w której się znalazłam sprawiał wrażenie niewzruszonego usłyszałam od niego, że jeżeli zacznę teraz rodzić nie uratują dziecka i dlatego jak dotrwam do 34 tygodnia szanse dla dzidziusia wzrosną.
Dzielnie i w modlitwach dotrwałyśmy, nawet do 38
tygodnia dostałam pozwolenie na chodzenie, czułam się jakby wypuścili mnie na
wolność, spacery sprawiały mi tyle radości, zaczęłam delektować się odgłosami
budzącej się do życia przyrody, bo akurat nastała wiosna, ale również wtapiać
się w wielkomiejski rytm, pędzące samochody, mijających przechodniów i unoszący
zapach oleju z Mc’Donalda. Kiedy zaczęło się wszystko powoli układać, pojawiły
się problemy z postępującym małowodziem (od samego początku miałam problemy z
małą ilością wód płodowych, ale nikt nie nazwał rzeczy po imieniu, nigdy nie
doszukiwano się związku z trombofilią). Zdawałam sobie sprawę, że narastające
małowodzie jest rokowniczo niekorzystnym czynnikiem, który może świadczyć o
zagrażającym obumarciu wewnątrzmacicznym płodu. Targana niepokojem wyczekiwałam
każdego ruchu dziecka, a muszę dodać, że ruchy płodu były bardzo „stłumione”
przez niski poziom płynu owodniowego – dostawałam na głowę, notowałam
skrupulatnie daty i godziny w których czułam ruchy swojej córeczki zgodnie z
zaleceniami lekarzy.
W końcu zaczęło się dziać coś dziwnego, ruchy
przybrały na sile, a później aktywność płodu została zmniejszona. Tego dnia
miałam rutynową wizytę, zapis KTG okazał się nie reaktywny, zostałam w trybie
natychmiastowym skierowana do szpitala. Drżałam o jej życie, nie chce nawet
teraz wracać myślami jak się wtedy czułam. Rozważono zakończenie ciąży ze
względu na skrajnie nieprawidłowe wyniki badań dopplerowskich oraz małowodzie.
Wywołany poród odbył się drogami natury.
Już myślałam, że mam to za sobą, że trombofilia już wystarczająco namieszała, ale nie doceniłam wroga. W IV fazie porodu pojawiło się krwawienie, co nie wywarło na mnie żadnego wrażenia. Najważniejsze było dla mnie urodzenie zdrowej córeczki – tak też się stało ! Najszczęśliwsza na świecie obojętnie przyjęłam informacje o konieczności wyłyżeczkowania jamy macicy i konieczności zatrzymania krwawienia. Zarówno tam na porodówce jak i wcześniej kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się dziecka liczyła się tylko Ona – moja ukochana córeczka ! Nasz pobyt w szpitalu z powodu komplikacji trochę się wydłużył , ale nastał moment kiedy mogłyśmy w końcu wrócić do domu i celebrować radość, która wkroczyła w Nasze życie z chwilą pojawienia się córeczki.
Pewnie myślicie, że wróciłam i było mi dane cieszyć
się macierzyństwem ? T. znowu popsuła mi szyki, na 9 dobę będąc już w domu
dostałam ponownego krwotoku – nigdy nie widziałam tyle krwi i takiego koloru
krwi. Na rękach z płaczącą córeczką podpisywałam dokumenty niezbędne do
ponownego przyjęcia na oddział – okazało się, że mam całą macicę wypełnioną
trzy centymetrowymi skrzepami. Znowu zaszła natychmiastowa konieczność
wyłyżeczkowania jamy macicy i powstrzymania krwawienia z dróg rodnych. Niestety
nie pozwolono mi zostawić córeczki na oddziale, musiała wrócić z tatą do domu,
a ja zostałam w fatalnej kondycji psychicznej z przytwierdzonym laktatorem do
piersi i lodem na brzuchu dożylnie „pojona” alkaloidami sporyszu.
Dopiero po okresie połogu na kontrolnej wizycie u
hematologa usłyszałam, że to najprawdopodobniej heparyna wywołała krwawienia.
Tymi wydarzeniami trombofilia zabrała mi szansę na kolejne dziecko, postawiła emocjonalny mur, zniekształciła obraz pięknego stanu jakim jest ciąża, otarła z poczucia bezpieczeństwa.
Zawsze marzyłam o dwójce dzieci, ginekolog wprawdzie daje mi zielone światło, ale hematolog zasygnalizował, że zwiększone ryzyko krwawienia może wystąpić także w przypadku drugiej ciąży. Możecie uznać mnie za tchórza, ale czuję się odpowiedzialna za moje dziecko i nie mam prawa żonglować życiem na prawo i lewo. Boje się zaryzykować, bo mam z jednej strony tak wiele do zyskania – drugie upragnione maleństwo, rodzeństwo dla córeczki, ale z drugiej strony mogę utracić wszystko bezpowrotnie, w dodatku nie wyobrażam sobie drugi raz tak panicznie bać się o życie własnego dziecka. Strach to obrzydliwa sprawa, uniemożliwia przeżywanie najpiękniejszych chwil i jest moim przekleństwem.
Już nawet z mężem nie rozmawiamy na temat powiększenia
rodziny. Zdaje się, że decyzje zostały podjęte już za Nas – trombofilia to za
Nas zrobiła. Nienawidzę jej za TO !
Kamila